Prolog

                                     

 

Początek

– Tratwa na prawo od dziobu!!! – krzyk marynarza siedzącego w bocianim gnieździe zadziałał na załogę niczym lont pod beczką prochu. Ich nerwy były wystawiane na próbę przez całe przedpołudnie.

– Dwa rumby na prawą burtę! Przygotować żagle do wzięcia na gejtawy! – wrzasnął kapitan, sięgając po lunetę.

Przenikliwe gwizdki bosmana i jego pomocników rozdarły powietrze. Nerwowe napięcie załogi natychmiast przerodziło się w działanie.

Okręt zdawał się nagle ożywać, uwalniając długo tłumioną energię.

–Zwinąć marsle i zabezpieczyć takielunek!

– Przygotować foka do zwinięcia!

– Przygotować grota do zwinięcia!

– Przygotować sieć trapową na prawej burcie!

Było to zdecydowanie lepsze od wielu godzin nerwowego wyczekiwania, aż wydarzy się coś... nieoczekiwanego.

 

Wcześniej tego ranka stara karawela „Albatros” minęła Białe Rafy i wpłynęła na Mgliste Wody.

Horyzont częściowo zasnuwała mglista poświata, lecz od strony dziobu nic jeszcze nie zwiastowało niebezpieczeństwa. Stan morza: 2. Wiatr: świeża bryza.

Spokój, cisza i jedynie odgłos fal rozbijających się o poszycie kadłuba.

Wszyscy wiedzieli, że prędzej czy później coś musi się wydarzyć. Napięcie rosło z każdą przebytą milą pośród tego dziwnie spokojnego krajobrazu, który wydawał się wręcz... nierealny. Jakby wpływali do zupełnie innego świata. Nie tego się spodziewali, więc niepokój ogarniał załogę coraz mocniej.

Na szczęście okrzyk obserwatora z dziobu rozładował napięcie tak gęste, że można je było kroić nożem.

 

Oby to nie byli ludzie Teda! – pomyślał nagle kapitan Rob Harper. Strach przybrał w jego gardle niemal namacalną postać, utrudniając przełykanie śliny.

Kudłaty Ted, w którym również niespodziewanie obudziła się żądza przygody, wyruszył swoim szybkim slupem tuż przed statkiem Harpera. Jeśli coś przydarzyło się jego jednostce, przerażona załoga leciwej karaweli nie pozwoli na to, by popłynąć ani pół kable dalej. Rob był tego pewien.

Przyłożył lunetę do oka i zrobił pół kroku, opierając łokieć o reling.

Dostrzegł prowizoryczną tratwę zbitą z unoszących się szczątków, powiązanych linami.

Na niej trzech ludzi rozpaczliwie machało rękami.


Siedemnaście dni wcześniej...

 

– Słyszeliście już najnowsze wieści? – Nick próbował ożywić ponurą, wciąż senną atmosferę gospody „Pod Kulawą Mewą”.

Rozpoczynał się kolejny pogodny dzień. Natarczywe promienie słońca bez trudu przebijały się przez brudne, szare szyby, bezlitośnie potęgując już i tak dotkliwy ból głowy kapitana Harpera.

Siedział okrakiem na ławie, plecami oparty o ścianę, jakby na stałe złączony z prawie już pustym kuflem piwa, który trzymał w dłoni.

– To samo każdego dnia – mruknął.

A przecież miało być inaczej. Tak bardzo inaczej.

 

Gdy Rob Harper po raz pierwszy postawił stopę na żaglowcu, lata temu, jego wyobraźnia, której nigdy mu nie brakowało, podsuwała mu obrazy wielkiego odkrywcy, postrachu mórz albo przynajmniej właściciela rozległej tropikalnej wyspy, z białymi plażami obmywanymi przez przejrzyste błękitne wody.

Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

Jak większość marynarzy pocieszał się marzeniami.

Lata spędzone na szorowaniu pokładów i mozolnym wspinaniu się po krętych szczeblach marynarskiej kariery. Nauka, nauka i jeszcze więcej nauki, wszystko po to, by w końcu zostać kapitanem starego, zgniłego „Łabędzia”.

I to dopiero po niemal czternastu latach!

Wówczas wydawało mu się to jednak szczytem marzeń. Pierwszy własny statek...

 

– Podobno francuski szkuner wrócił cało z Morza Mgieł. Żabojady mówią, że są tam duże wyspy, które ciągną się bez końca – kontynuował niezrażony Nick. Nie poddawał się, choć nikt nie wydawał się zainteresowany jego opowieściami…

 

Po „Łabędziu” była „Rusałka”, później „Syrena”, a potem jeszcze cała seria starych, obrośniętych pąklami łajb.

Największymi przygodami były wizyty w głębokowodnych portach, gdzie kotwiczyły wielkie okręty z odległych kontynentów.

Czasem na horyzoncie pojawiały się czarne żagle piratów, ale żałosna jednostka Harpera była dla nich zbyt małym kąskiem, by zbaczać z kursu. Były zatem jakieś plusy…

 

Poranne piwo zaczynało łagodzić ból głowy, lecz gdzieś w żołądku pojawiło się dziwne mrowienie.

Coś podobnego do niepokoju, a jednocześnie trudnego do określenia.

Może ekscytacja? Dziwne, że przeważne rodzi się w trzewiach, a nie w głowie.

Mózg jednak zaczynał już pracować coraz szybciej, pobudzając obszary dawno nieużywane.

Wyobraźnia wracała, tłumiąc inne głosy.

 

– Piwo o poranku! Ach, bursztynowy nektar! – zawołał Kudłaty Ted, wchodząc do gospody.

– W Viramenco znowu spadły ceny trzciny cukrowej. Potrzebują ryżu do zasiewów. Kto płynie ze mną? Towaru starczy dla trzech statków. Da się na tym zarobić kilka monet.

Ktoś zadał pytanie. Ted coś odpowiedział. Ktoś kaszlnął. Ktoś ziewnął.

Harper widział i słyszał to wszystko, a jednocześnie nic do niego nie docierało.

– Wyspy na Morzu Mgieł?! – wychrypiał nagle.

– Tak przynajmniej mówią... – ożywił się Nick.

Jeszcze dwie sekundy, jedna…

Tak, Rob Harper miał już plan!

A przynajmniej jego zarys.

 

Nick! - Powiedział zachrypłym z podniecenia głosem.

– Masz tu trochę pieniędzy - kup zapasy na trzy tygodnie, sprawdź co nam zostało. Ponadto dwanaście baryłek prochu i trzysta kul do sześciofuntówek! Napełnij wszystkie beczki słodką wodą!

Nick nie rozumiał, co się dzieje.

Pozostali również wyglądali jak banda głupców wpatrzonych w dekolt karczemnej dziewki po wielu miesiącach na morzu.

– Ruszaj się! Zbieraj załogę i wyrzucić za burtę ten cały szpej zalegający przy nadburciach! Pootwierajcie furty działowe i nasmarujcie zawiasy! Pokłady oczyścimy już w morzu!

Mówił coraz szybciej, choć starał się nie zdradzić, jak bardzo mu się śpieszy.

– Po co, do diabła, otwierać furty działowe w drodze do Viramenco? Ryż Ci zamoknie... – mruczał Ted będący ciągle jeszcze w swoim świecie ryżu i trzciny cukrowej.

– Kapitanie, mamy przecież tylko jedno działo, a i ono gdzieś leży na dnie ładowni. Po co nam wszystkie te furty, od lat zabite gwoździami? – spytał Nick.

– Wkrótce się przydadzą. Wyślij sześciu ludzi i wóz do stajni Millera. Zabiorę stamtąd nasze pozostałe działa, stemple, lonty i całą resztę wyposażenia. Na pewno ich nikomu nie sprzedał. Wychodzimy z wieczornym przypływem!

– Zaraz! – wrzasnął Ted. – Chyba nie zamierzasz płynąć na Morze Mgieł?!

Nie musiał odpowiadać, błysk w oku Roberta Harpera mówił wszystko.

– Kapitanie, przecież stamtąd nikt nie wraca! Te wielkie Czarne Okręty, ciągłe burze, Latający Holender i wszystkie te potwory morskie! – Nick wyglądał na przerażonego.

 

– Stary Abercrombie mawiał, że kiedyś sztorm zagnał go aż za Białe Rafy – odezwał się Gruby Pete zza szynku. – Podobno fale były tam wysokie jak góry, a z mgły dobiegały wycia i jęki. Załoga tak się przestraszyła, że nigdy więcej nie dałaby się tam zaprowadzić. Za żadne pieniądze.

– A Hiszpanie? Przecież tam żeglują! – odparł Rob.

– Diegowie? Wszyscy wiedzą, że są szaleni. Poza tym kto ich widział? Skąd wiemy, że naprawdę tam dopłynęli i wrócili? – odpowiedział Ted.

– Co jeszcze mówili Francuzi? – Harper spytał swojego pierwszego oficera – Nicka, wzuwając buty.

– Podobno gdy mgła na chwilę się przerzedziła, zobaczyli wysokie góry, porośnięte dżunglą, i kolejne wyspy na horyzoncie. Może kilka małych czółen. Potem jednak zza wyspy pojawiły się postrzępione szare żagle. Latający Holender, jak twierdzą. Zawrócili. Mgła szybko ich otoczyła i udało im się zwiać. To wszystko.

– To wszystko – powtórzył Harper. – Tyle mi wystarczy.

Spojrzał na Nicka.

– Na co jeszcze czekasz?!

Nick zerwał się na równe nogi.

Cała gospoda nadal liczyła, że za chwilę rozlegnie się śmiech i ktoś krzyknie:

– Ale nas nabrałeś, chłopie!

– Nick – powiedział kapitan ciszej, lecz tak, by wszyscy słyszeli. – Tam są wyspy, których nie ma na mapach. Wyspy, Nick! Niezbadane, czyli... niczyje. Wyspy nienależące do nikogo! Ładować zapasy i robić miejsce dla dział! Ruchy!

 

Gdy kapitan Harper maszerował utartą drogą na wzgórze do zbrojowni starego Millera, błysk w jego oku zdawał się świecić coraz jaśniej.

W dole, na slupie Teda właśnie wstrzymano załadunek ryżu.

W porcie zaczynał się ruch jak nigdy wcześniej.

– Świetnie – pomyślał. – Sam nie miałbym pewnie większych szans.

Uśmiechnął się szeroko.

Wiedział, że gdy wróci na statek... ach, teraz to okręt! Nie będzie miał najmniejszego problemu ze znalezieniem ludzi do obsługi dział.

Jedna myśl niespodziewanie pojawiła się w jego głowie.

Czy dwa, długolufowe, najcelniejsze działa umieścić na dziobie, czy na rufie?

Po kilku krokach uznał, że na Morzu mgieł znacznie rozsądniej będzie skierować je ku rufie. Przecież to raczej nie jego powolna karawela będzie kogoś, lub coś ścigać.

I pomimo całej ekscytacji przeszył go zimny dreszcz.


Początek...

– Wyglądają na Hiszpanów! – powiedział Rob do Nicka, swojego pierwszego oficera.

– To nie ludzie Teda! To Hiszpanie! – wydarł się Nick na całe gardło, ostatecznie rozładowując napięcie załogi.

Od dłuższego czasu wszyscy wpatrywali się w kapitana, czekając na wiadomość, która mogła zdecydować o dalszym przebiegu wyprawy, a może nawet całego ich życia.

Napięcie opadło.

Załoga przygotowywała się do zrzucenia żagli i podjęcia rozbitków na pokład, gdy nagle marynarz z bocianiego gniazda krzyknął po raz drugi.

Kapitan błyskawicznie odwrócił się w kierunku lewej burty i przyłożył lunetę do oka.

On również to zobaczył.

– Brasować na prawy hals! Postawić marsle!

A po chwili dodał już nie tak pewnym głosem:

– Obsadzić działa!

Wiatr szybko wypełniał kolejne żagle, a karawela nabierając prędkości ruszyła ku swojemu przeznaczeniu...